Zmiana polityki prywatności

Drogi Użytkowniku,

Chcielibyśmy poinformować, że zaktualizowaliśmy naszą Politykę prywatności. W dokumencie tym wyjaśniamy w sposób przejrzysty i bezpośredni jakie informacje zbieramy i dlaczego to robimy.

Nowe zapisy w Polityce prywatności wynikają z konieczności dostosowania naszych działań oraz dokumentacji do nowych wymagań europejskiego Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych (RODO), które będzie stosowane od 25 maja 2018 r.

Informujemy jednocześnie, że nie zmieniamy niczego w aktualnych ustawieniach ani sposobie przetwarzania danych. Ulepszamy natomiast opis naszych procedur i dokładniej wyjaśniamy, jak przetwarzamy Twoje dane osobowe oraz jakie prawa przysługują naszym użytkownikom.

Zapraszamy Cię do zapoznania się ze zmienioną Polityką prywatności.

Close GDPR info

Extra Świecie

Imieniny obchodzą:

Maurycy, Ignacy, Tomasz
  • zachmurzenie duże
    Dzisiaj:
    15°C / 7°C
  • słabe opady deszczu
    Jutro:
    17°C / 10°C
  • słabe opady deszczu
    Pojutrze:
    14°C / 10°C

Bandzior jakich mało. Jan Manikowski, upiór z Przysierska

Piotr Skuczyński
1 stycznia, 20:12
Jedną z głośniejszych spraw kryminalnych w czasach II RP było zabójstwo policjanta z Pelplina, posterunkowego Anastazego Żmury, przez notorycznego bandytę Jana Manikowskiego spod Bukowca. W okresie międzywojennym nazywano go „wampirem pomorskim” lub „upiorem z Przysierska”. Procesowi sądowemu przestępcy przyglądała się ówczesna Polska, a sprawę śledzono na łamach prasy.
Jan Manikowski podczas procesu sądowego, w którym skazano go na karę śmierci
Fot. „Dziennik Bydgoski”

„Nieuchwytny bandyta” - taki tytuł nosił artykuł z wydawanego w Pelplinie „Pielgrzyma” z 29 października 1935 r. Jego autor nie zdawał sobie sprawy, że wywoła wilka z lasu, bo bohater jego tekstu dokonał zbrodni tuż przy samej redakcji trzy tygodnie później. A o to co wówczas napisał:

Przygody młodego bandyty

Jan Manikowski szybko stał się lokalną „legendą”. Ale jak było rzeczywiście i co o nim wiadomo? Jak wynika z artykułów prasowych, urodził się 2 lutego 1897 r. w Przysiersku koło Bukowca. Jak podawano w gazetach, podobno już w wieku 14 lat podczas zabawy nad stawem, zdenerwowany dziecinnymi żartami, miał utopić swoją niespełna pięcioletnią siostrę (tej wiadomości nigdy nie potwierdzono).

Ten budzący strach człowiek, który stał się koszmarem dla ludności powiatów świeckiego i tucholskiego już w wieku 16 lat trafił do aresztu śledczego w Świeciu. Jak podawała „Gazeta Toruńska” z 21 grudnia 1913 r. miał odpowiadać za kradzież. Nie stanął jednak przed sądem.

Z kolei „Gazeta Grudziądzka” informowała czytelników 3 sierpnia 1916 r.:

Wkrótce potem był bohaterem artykułu w „Gazecie Toruńskiej”, która 22 sierpnia 1916 r. donosiła:

Jego kryminalne wyczyny opisano na łamach „Dziennika Bydgoskiego” z 14 stycznia 1936 r.:

(…) Obszerny akt oskarżenia zarzuca Janowi Manikowskiemu ur. 2. 2. 1897 w Przysiersku, gm. Bukowiec. Pow. Świecie, kawalerowi, karanemu przez Sąd Powiatowy w Grudziądzu 1915 r. na 2 lata więzienia, przez Izbę Karną w Chojnicach 1915 r. na 4 lata więzienia, Sąd Powiatowy w Tucholi 1916 r. na 6 miesięcy więzienia, Izbą Karną w Gdańsku 1916 r. na 2 lata i 3 mies. Więzienia, Izbą Karną w Chojnicach 1916 r. na łączną karę 15 lat więzienia, Sąd Powiatowy w Świeciu 1916 r. na 4 miesiące więzienia, Sąd Okręgowy w Grudziądzu 1921 r. m.in. za zamordowanie ogrodnika śp. Alojzego Makowskiego w Małym Kuntersztynie w nocy z 18 na 19 listopada 1920 r. na dożywotnie więzienie z zamianą na 15 lat domu karnego, którą na podstawie amnestii zmniejszono na 10 lat ciężkiego więzienia.(…).

Według innej relacji prasowej, miał zasądzony łączny wyrok 32 lat więzienia. Karę pozbawienia wolności odsiadywał w Więzieniu Ciężkim na Świętym Krzyżu, które opuścił za dobre sprawowanie 19 marca 1935 r. W trakcie pobytu za kratami miał zdobyć dyplom rzeźbiarza artysty.

Upiór na wolności

Po wyjściu na wolność Manikowski powraca do rodzinnego powiatu świeckiego, gdzie na wstępie podpala stogi gospodarzy w Gawrońcu i Bukowcu. Później dokonuje szeregu większych włamań na terenie powiatu świeckiego i tucholskiego.

Przez następne miesiące sieje postrach wśród ludności i uchodzi za nieuchwytnego bandytę, stąd zapewne otrzymuje przydomki „wampira” czy też „upiora”. Dla miejscowych stał się chodzącym koszmarem, ciągle też zmienia miejsca pobytu.

Dzięki swojemu sprytowi i zachowaniu zimnej krwi, pomimo nieustannych obław, pozostawał nieuchwytny. Ale jak to w życiu bywa, na wszystko i wszystkich przychodzi kres.

Ostatni patrol posterunkowego Żmury

W sobotę 16 listopada 1935 r. Manikowski przybył do Pelplina około godz. 22.00. Przyjechał wzdłuż torów kolejowych z Laskowic rowerem, który najpierw ukrył w szopie blisko dworca. Potem udał się do miasta, by obrać cele do rabunków.

Około 4.00 rano włamał się do piwnicy domu przy ul. Piłsudskiego 22, skąd skradł kilka butelek wina. Jak podaje ówczesna prasa, miał je opróżnić na miejscu. Kiedy usłyszał zbliżające się kroki, uciekł i udał się do kolejnej „pracy”.

W sklepie Hanny Backiej wybił okno wystawowe i zabrał 5 damskich kapeluszy, z którymi poszedł w kierunku Rynku (wówczas plac Pierackiego). Gdy oddalił się o około 150 kroków, został zatrzymany przez funkcjonariusza policji.

Był nim posterunkowy Anastazy Żmura, który o północy z 16 na 17 listopada objął służbę. Będąc na patrolu około godziny 4.30 szedł w kierunku dworca kolejowego. W momencie, gdy był w połowie ul. Piłsudskiego, usłyszał brzęk tłuczonej szyby okna wystawowego sklepu z kapeluszami.

Przyspieszywszy kroku, napotkał na ulicy szybko oddalającego się osobnika, którym był Manikowski. Zatrzymanemu nakazał się wylegitymować. Podejrzany nie miał przy sobie żadnego dokumentu tożsamości, toteż został wezwany do udania się na posterunek przy placu Pierackiego.

Dziennik Bydgoski”, 21 listopada 1935 r.

W momencie, gdy znaleźli się naprzeciw redakcji gazety „Pielgrzym”, Manikowski korzystając z ciemności - latarnie uliczne były wyłączone - szybkim ruchem wydobył z kieszeni rewolwer. Nim posterunkowy Żmura zdołał się zorientować, oddał do niego dwa strzały – pierwszy trafił w daszek czapki policyjnej i zranił go w prawą skroń, drugi w prawą nogę. Gdy policjant upadł na chodnik, bandyta oddał trzeci strzał w plecy.

Kula przebiła klatkę piersiową w okolicy serca. Manikowski uciekł z miejsca zbrodni. Huk wystrzałów z pistoletu obudził śpiących mieszkańców okolicznych domów, którzy przybiegli na miejsce zdarzenia. Postrzelony funkcjonariusz wołał z przerażeniem „Jezus Maria! Ratunku!” Wkrótce też przybył posterunkowy Jarczewski, który razem z innymi przenieśli rannego policjanta do restauracji Lutza, gdzie Żmura zdołał jeszcze poinformować, jak mniej więcej wyglądał sprawca.

Niebawem przybył lekarz, który udzielił mu pierwszej pomocy, po czym przewieziono rannego do szpitala Św. Józefa, gdzie zmarł. Poległy policjant służył w policji od odzyskania niepodległości. Pełnił swoje obowiązki m.in. w Toruniu, w Warszawie, a od 1926 r. w Pelplinie. Miał żonę i dwie córki.

Pościg i sukces policji w Świeciu

Zaraz po morderstwie dochodzeniem zajęła się Komenda Powiatowa Policji w Tczewie. Akcją pościgową kierował komisarz Skalski i kom. Balicki. Pod ich kierownictwem patrole wysłane w teren ujęły szereg podejrzanych przestępców. Również po tych wydarzeniach zaalarmowano okoliczne posterunki oraz powiadomiono komendy z ościennych powiatów.

Kiedy o zabójstwie posterunkowego Żmury powiadomiona została komenda w Świeciu, od razu padło podejrzenie, iż sprawcą może być poszukiwany Jan Manikowski. Ścigany już był za liczne włamania i podpalenia. Jego aresztowanie utrudnione było przez to że, posiadał kilka kryjówek, które opuszczał przeważnie tylko nocą.

Policja ze Świecia otrzymała informację, że Manikowski pożyczył rower od znajomego i udał się do powiatu tczewskiego. Wówczas gdy dokonano zabójstwa posterunkowego Żmury, w komisariacie świeckim zarządzono obławę i czaty na terenie powiatu.

Dzięki temu jeszcze tego samego dnia sprawca zbrodni został schwytany. Do zatrzymania doszło około godz. 12.00 przez rowerowy patrol policji złożony z przodownika Żołądka i posterunkowego Furmańskiego.

Na drodze w okolicy Żura zauważyli jadącego rowerem podejrzanego osobnika. W trakcie zatrzymania próbował sięgnąć po broń do kieszeni, ale widząc wycelowane w siebie policyjne karabiny poddał się bez oporów. Przy zatrzymanym znaleziono załadowany pistolet astra kal. 7,65 mm i „Dziennik Bydgoski”, który kupił w kiosku w Pelplinie. Jak sam później powiedział, lubił czytać na łamach prasy o swoich bandyckich wyczynach.

Bandytę zakuto w kajdany i przewieziono do Świecia. Jeszcze tego samego dnia przybył z Tczewa do Świecia kom. Balicki, aby przesłuchać podejrzanego. Właśnie tutaj Manikowski przyznał się do włamania do sklepu Haliny Backiej i zabójstwa posterunkowego Żmury.

W poniedziałkowy wieczór 18 listopada 1935 r. o godz. 22.25 przewieziony został pociągiem z Terespola do Pelplina. Mimo że bandyta był niski i słabej budowy ciała, to zakuto go w podwójne kajdany. Eskortowało go trzech policjantów uzbrojonych w karabiny z bagnetami.

Jeszcze tej samej nocy odbyło się przesłuchanie na posterunku policji w Pelplinie. Następnego dnia o 4.00 rano Manikowskiego zabrano na wziję lokalną na miejsce zbrodni. Przy drukarni i księgarni „Pielgrzyma” w obecności policji i świadków o godz. 4.45 przy zgaszonych światłach latarni, odtworzono przebieg zdarzeń.

„Głos Świecki”, 23 grudnia 1935 r.

Przed obliczem sprawiedliwości

Proces rozpoczął się w sobotę 11 stycznia 1936 r. przed Sądem Okręgowym w Starogardzie Gdańskim. Rozprawa budziła tak wielkie zainteresowanie społeczeństwa, że już o godz. 8.30 sala była wypełniona publicznością. O godz. 9.00 wprowadzono na ławę oskarżonych ubranego w strój więzienny Manikowskiego, pod eskortą dwóch policjantów. Na pytanie sądu czy oskarżony przyznaje się do winy i czy chce złożyć wyjaśnienia, oświadczył:

- Przyznaję się do objętych aktem oskarżenia kradzieży, do zabójstwa Żmury się nie przyznaję, bo zabójcą był… mój wspólnik. 

Jak dalej zeznawał, miał się umówić ze swoim „wspólnikiem” na 16 listopada (dzień poprzedzający zbrodnię), że spotkają na szosie pod Tczewem. Tam miał otrzymać od swojego kompana rzeczy przywiezione z Gdańska.

Tego wspomnianego dnia Manikowski miał udać się rowerem do Tczewa. Jak dalej zeznawał, w Pelplinie zatrzymał się około godz. 16.00 w restauracji. Na pytanie przewodniczącego, dlaczego oskarżony w śledztwie nic nie wspomniał o wspólniku, ten wyjaśnił że miał z nim umowę, że w razie wpadki to drugi mu pomoże i go odbije.

W dalszym toku rozprawy mówił, że w czasie, gdy on okradał piwnice to jego kompan miał stać na czatach. Ponoć gdy usłyszał strzały to się spłoszył i uciekł. Właśnie wtedy wspólnik miał zastrzelić policjanta. Potem niby razem uciekli rowerami z Pelplina w kierunku Laskowic. Około godziny 11.00 mieli się rozstać koło Osia, a drugi miał pojechać do Bydgoszczy po pieniądze. Wówczas to pozostawił Manikowskiemu pistolet, który odebrała mu policja w trakcie zatrzymania.

Dziennik Bydgoski”, 14 stycznia 1936 r.

Dalej zeznawali świadkowie, którzy i tak nie wnieśli do sprawy nic nowego, po za tym, co ustalono w trakcie śledztwa. Natomiast biegli lekarze ze Szpitala Psychiatrycznego w Kocborowie orzekli jednomyślnie: 1) budowa ciała u oskarżonego przedstawia typ prawie dziecięcy 2) funkcje myślenia  jak i czucia są u osk. normalnie rozwinięte 3) pojęcia moralne, jak i rozważania jego dotychczasowego życia zdolne są do rozpoznawania czynów dobrego od złego 4) osk. Manikowski jest zupełnie na umyśle zdrów, ale początkowo usiłował symulować halucynacje, co mu się jednak nie udało.

Na wniosek obrońcy sąd po naradzie postanowił przerwać rozprawę do 25 stycznia 1936 r., celem przesłuchania przez Sąd Powiatowy w Gdańsku rzekomego wspólnika Manikowskiego.

Fikcyjny wspólnik i wyrok

Józef Schindler, tak miał się nazywać jego kompan. Podobno mieszkał w Gdańsku-Oliwie przy ul. Gdańskiej w hotelu Lustgarten. Na kolejnej rozprawie, która się odbyła 25 stycznia, przewodniczący składu sędziowskiego oświadczył, że wspomniany przez Manikowskiego wspólnik nie jest w Gdańsku znany, ani nie jest zameldowany. Posterunek policji w Oliwie poinformował, że hotel Lustgarten jest w Gdańsku i Oliwie nieznany.

Po naradzie, która trwała ponad godzinę, sąd ogłosił wyrok. Manikowski został uznany winnym dwóch kradzieży i morderstwa. Sąd uznał ciągłość czynu i skazał mordercę na podstawie art. 225 par. 1 na karę śmierci oraz na utratę praw obywatelskich i publicznych na zawsze.

Fragment „Polskiego Kodeksu Karnego” z 1932 r.

W uzasadnieniu wyroku sąd podkreślił, że nie był to pierwszy człowiek, którego zabił oskarżony. Nadal jest niebezpiecznym zbrodniarzem, przed którym należy społeczeństwo uchronić. Manikowski miał przyjąć wyrok spokojnie.

Apelacje i szubienica

Manikowski odwołał się do Sądu Apelacyjnego w Poznaniu. 27 lutego 1936 r. sprawa znalazła się na wokandzie. Po jej rozpatrzeniu odrzucono odwołanie i utrzymano wyrok pierwszej instancji. Adwokat Manikowskiego wniósł do Sądu Najwyższego sprawę o kasację, ale i tam również wyrok zatwierdzono.

W Święto Bożego Ciała 13 czerwca 1936 r. do prokuratury w Starogardzie Gdańskim nadeszła wiadomość, że prezydent Rzeczypospolitej nie skorzystał z prawa łaski. Wówczas rozpoczęto przygotowania do egzekucji. Telegraficznie wezwany został z Warszawy kat. 14 czerwca 1936 r. wyrok został wykonany. Na łamach „Orędownika Ostrowskiego” z 19 czerwca 1936 r. tak to relacjonowano:

redakcjaatextraswiecie [dot] pl