Zmiana polityki prywatności

Drogi Użytkowniku,

Chcielibyśmy poinformować, że zaktualizowaliśmy naszą Politykę prywatności. W dokumencie tym wyjaśniamy w sposób przejrzysty i bezpośredni jakie informacje zbieramy i dlaczego to robimy.

Nowe zapisy w Polityce prywatności wynikają z konieczności dostosowania naszych działań oraz dokumentacji do nowych wymagań europejskiego Rozporządzenia o Ochronie Danych Osobowych (RODO), które będzie stosowane od 25 maja 2018 r.

Informujemy jednocześnie, że nie zmieniamy niczego w aktualnych ustawieniach ani sposobie przetwarzania danych. Ulepszamy natomiast opis naszych procedur i dokładniej wyjaśniamy, jak przetwarzamy Twoje dane osobowe oraz jakie prawa przysługują naszym użytkownikom.

Zapraszamy Cię do zapoznania się ze zmienioną Polityką prywatności.

Close GDPR info

Extra Świecie

Imieniny obchodzą:

Józef, Roman, Hilary

Jak bestie. W Bramce gang wymordował całą rodzinę - osiem osób. W Żurze zastrzelili małżeństwo

Piotr Skuczyński
29 stycznia, 21:38
Rodzinny gang i ich pomocnicy terroryzował ludność po obu stronach Wisły. Gdyby raz jeszcze zabili za jednym razem osiem osób, to osiągnęliby „morderczy hat-trick”. W tamtym okresie zaliczani byli do najbardziej niebezpiecznych band na Pomorzu. Nie oszczędzali nawet dzieci.
Fot. 123RF

Rodzina Jankowskich pochodziła spod Wąbrzeźna. Ojciec Franciszek, synowie Stanisław i Antoni, córki Bronisława i Marianna Grandt i jej mąż Albert. W tej grupie był również Jan Piątek, Piotr Rejewski oraz niejaki Kwiatkowski.

Przestępstw dokonywali na terenach powiatów świeckiego, chełmińskiego, wąbrzeskiego, brodnickiego i gniewskiego. W latach 1918-1922 popełnili szereg morderstw i kradzieży. Ich łupem padały konie, wozy i dobytek gospodarzy. Dokonywali też włamań do kościołów rozbijając skarbonki.

Świętokradztwo nie było im obce w Piasecznie. Włamawszy się do świątyni, ukradli puszkę z 30 poświęconymi hostiami, które, jak później sami przyznali, zjedli w trakcie popełnienia tego czynu. Czasami w ich fachu zdarzało się, że to myśliwy stawał się zwierzyną. Tak było w Ernestowie koło Świecia. Podczas kradzieży ziemniaków, stary Jankowski został postrzelony śrutem w udo przez gospodarza Wróblewskiego. W trakcie swoich łupieżczych wypraw mieszkali tam, gdzie były dobre widoki na rabunek.

Mord na Rosenbergach

Trudno dzisiaj powiedzieć czy to był pierwszy ich pierwszy napad, w którym doszło do zabójstwa. 9 kwietnia 1919 r. w Żurze koło Osia dopuścili się zbrodniczego czynu, o czym pisano w „Dzienniku Bydgoskim” 15 kwietnia 1919 r.:

W wydaniu tej samej gazety z 18 kwietnia jest mowa o ujęciu sprawców przez oddział szturmowy. Wspomniano również, że przy zatrzymanych znaleziono ubrania wojskowe, w których mieli dokonać zbrodni oraz maski i amunicję. W trakcie procesu też o tym wspomniano.

Druga krew i „pierwsza ósemka”

Z późniejszych relacji z procesu sądowego wiadomo, że 16 października 1919 r. dokonali kolejnego, tym razem jeszcze bardziej bestialskiego napadu, tym razem w Pływaczewie niedaleko Wąbrzeźna. Ofiarami była rodzina Block (w trakcie procesu podawano nazwisko Bloch). Wśród zamordowanych byli dwaj mężczyźni, dwie kobiety oraz czworo dzieci.

„Dziennik Bydgoski”, 23 października 1919 r.

„Dziennik Bydgoski”, 28 października 1919 r.

Druga ósemka. Tragedia rodziny Janzów

19 stycznia 1922 r. Bramką koło Bukowca, położoną na trasie Świecie-Tuchola, wstrząsnęła wiadomość o ośmiokrotnym morderstwie rodziny miejscowego gospodarza Emila Janza.

„Słowo Pomorskie”,  26 stycznia 1922 r.

Pościg

Jak wspomniano w powyższym artykule, natychmiast wdrożono śledztwo, w gazetach podawano rysopisy sprawców. Ale czy to od razu poszło ono w dobrym kierunku? Na łamach tej samej gazety podawano następującą informację:

„Słowo Pomorskie”, 10 lutego 1922 r.

Niestety, ale zawarte tutaj nazwiska podejrzanych nie zostały wymienione i współoskarżone w trakcie procesu. Jednak dzięki wysiłkowi Komendy Powiatowej Policji w Świeciu w osobach zastępcy komendanta Synoradzkiego i starszego przodownika ekspozytury śledczej Lewandowskiego udało się wykryć sprawców morderstwa.

Chodziło o krwawą rodzinę Jankowskich. Najniebezpieczniejszą akcją pościgu było aresztowanie samego herszta bandy, czyli ojca. Zatrzymany został w Lichnowach (powiat chojnicki).

W chwili aresztowania miał przy sobie dwa pistolety z pełnymi magazynkami. Jakież było zdziwienie funkcjonariuszy w trakcie przesłuchania, gdy przyparli bandytów do muru. Okazało się wówczas, że oprócz zbrodni w Bramce mają na sumieniu jeszcze morderstwa na tle rabunkowym w Pływaczewie i Żurze. Na jaw wyszły napady rabunkowe w Radzyniu, Laskowicach i innych miejscowościach.

Patologiczna rodzina

Rodzinę Jankowskich przedstawiono w ówczesnej prasie jako szajkę do cna zdemoralizowaną, typowo morderczą. Niewahającą się użyć broni przeciw swoim ofiarom. Zrabowane rzeczy wielkiej wartości sprzedawali handlarzom za bezcen. Dorobiwszy się na krwi i niedoli obrabowanych oraz na świętokradztwach, trwonili pieniądze w niezrozumiany sposób.

Stosunek rodziców do dzieci miał być czysto bandycki. Ojciec córkę Bronisławę miał tak zniewolić, że na procesie była w ciąży. Zachodziło podejrzenie że mógł molestować obydwie córki, ale na procesie mu tego nie udowodniono.

Proces

Proces rozpoczął się 19 września 1922 r. przed Sądem Okręgowym w Grudziądzu. Na ławie oskarżonych zasiedli ojciec Franciszek Jankowski, czyli herszt bandy, dwaj synowie Stanisław i Antoni oraz córki Bronisława i Marianna Grandt, jej mąż Albert oraz Jan Piątek i Piotr Rejewski.

W trakcie trwania rozprawy, która trwała 3 dni, ustalano przebieg poszczególnych morderstw.

W sprawie morderstwa popełnionego w Żurze na rodzinie Rosenbergów (lub Rotenbergów, jak pisano w niektórych gazetach), przesłuchano Juliannę Knitter.

Jak zeznała, gdy nadeszli zbrodniarze, Stanisław i Antoni Jankowscy, miała znajdować się z Leonem Winowieckim przed domem. Bandyci nakazali im wejść do środka do mieszkania Rosenbergów i jeden z nich miał po niemiecku powiedzieć: „W imię prawa bolszewickiego, oddać nam 50 000 marek”.

Zaraz po tych słowach padł strzał z pistoletu do Rosenberga, zabijając go. Jak dalej zeznała, napastnicy mieli być ubrani w mundury Grenzschutzu (formacja paramilitarna sptrzeciwiająca się oderwaniu wschodnich terenów od dawnych Prus po I wojnie światowej).

W toku rozprawy okazało się, że oskarżony Stanisław już 20 dni po tym zabójstwie (29 kwietnia 1919 r.) był zatrzymany w tej sprawie jako podejrzany. Przesłuchanie prowadził wtedy niemiecki sędzia śledczy, który odnotował w aktach, że podejrzany miał na sobie wojskowy płaszcz.

Dzieci ogłuszono, a potem zabito

W napadzie w Pływaczewie, jak zeznał sam herszt, miał brać udział wraz ze swoim synem Stanisławem. Według jego relacji, zamierzał kupić krowę od Blocka (Blocha?). Spotykając się z nim, Block zażądał 1 600 marek, na co herszt się nie zgodził. Później sprzedający chciał już 1 800 marek.

Jankowski (ojciec) zaprosił wszystkich do karczmy, aby ubić interes. Wtedy Block zażądał nagle 1 900 marek, wobec czego nie doszło do kupna. Jeszcze raz zapytał czy nie chce opuścić cenę, otrzymał jednak kategoryczną odpowiedź odmowną. Wówczas bandzior wyciągnął pistolet i najpierw zastrzelił Blocka, a następnie jego żonę. Potem miała nastąpić ogólna rzeź wszystkich obecnych z rodziny Blocka. Oskarżony twierdził, że był pod wpływem alkoholu i nie wiedział, co robi.

O tragicznych wydarzeniach w Bramce niewiele więcej wniesiono niż to, co można było przeczytać w artykule z gazety „Słowo Pomorskie” z 26 stycznia 1922 r.

W morderstwie brali udział ojciec i jego dwaj synowie oraz Kwiatkowski, który po zbrodni miał uciec do Niemiec. W przypadku tego mordu oskarżeni próbowali mataczyć co do tego, kto strzelał, a kto mordował siekierą. Jak mówił młodszy syn Antoni, przed udaniem się do domu Janzów ojciec polecił zabrać ze sobą broń.

- Dzieci najpierw ogłuszyliśmy miotłą, a potem zabiliśmy siekierami - zeznawali bracia.

W obu ostatnich morderstwach z domów ofiar miała zginąć znaczna kwota pieniędzy, u Blocków miało to być 1 mln marek , a u Janzów 600 000 marek.

W trakcie procesu przesłuchano również oskarżonych Piątka i Rejewskiego, podejrzanych o udział w kradzieżach i paserstwie. Sam Piątek miał trudnić się handlem kradzionymi końmi, co miało mu przynieść spore korzyści finansowe.

Zbrodnie i kara

W mowie końcowej prokurator z odrazą wypowiadał się o głowie rodziny Jankowskich. Tłumaczył, że w dniu popełnienia zbrodni w Bramce był właścicielem ponad milionowej gotówki, posiadać miał też gospodarstwo. Jednym słowem, miał on wszystko, co mogłoby zaspokoić jego potrzeby życiowe. Motywem zbrodni była niechęć do uczciwej pracy.

W czwartym dniu procesu, 22 września 1922 r. po przesłuchaniu ostatnich świadków zapadł wyrok. Franciszek Jankowski został skazany na dwukrotną karę śmierci, Stanisław Jankowski na na trzykrotną karę śmieci i Antoni Jankowski na dwukrotną karę śmierci. Bronisławę Jankowską i Mariannę Grant uwolniono od zarzutów. Pozostali otrzymali karę od kilku do kilkunastu miesięcy więzienia.

W ostatnią drogę…  na rozstrzelanie do Cytadeli

Franciszek Jankowski wraz ze swoimi synami Stanisławem i Antonim czekali dwa lata na wykonanie wyroku kary śmieci w Grudziądzu. W dzień poprzedzający egzekucję, wieczorem skazani wyrazili swoje ostatnie życzenie. Poprosili o funt kiełbasy dla każdego, chleb, smalec i papierosy, co też im dano. Zażyczyli sobie również księdza, który spędził z nimi całą noc w jednej celi spowiadając ich i udzielając im komunii.

Wczesnym porankiem 27 września 1924 r. zostali przewiezieni wozem z więzienia pod silną eskortą policji do Cytadeli. Całą drogę mieli zachowywać się spokojnie. Na miejscu ksiądz odmówił ze skazanymi modlitwę oraz podał każdemu krzyż do ust, który pocałowali. Następnie każdy ucałował kapłana w rękę.

Potem prokurator odczytał wyrok oraz reskrypt prezydenta RP, że nie skorzystał z przysługującego mu prawa łaski. Po odczycie prokurator okazał prawomocność wyroku dowódcy plutonu egzekucyjnego i oddał w jego ręce skazańców. Wspomniany tutaj pluton był z 64. Pułku Piechoty, oficer dowodzący miał stopień porucznika.

Eskorta na jego rozkaz przywiązała ich do stojących słupów i zawiązała oczy czarnymi chustkami.

Gdy wybiła godzina 6.00, oficer dał sygnał szablą i padła salwa. Trzy ciała osunęły się na ziemię. Lekarz stwierdził zgon powiadamiając o tym prokuratora. Zwłoki przewiezionodo kostnicy szpitala miejskiego, po czym miały zostać pochowane na cmentarzu katolickim w Grudziądzu.

„Orędownik Urzędowy powiatu świeckiego”, 7 października 1924 r.

 Wojsko nie jest od egzekucji

Wydawałoby się, że to koniec tej historii, ale mnie jako autora zaintrygowała kwestia rodzaju wymierzonej kary śmierci – rozstrzelanie, a nie powieszenie na szubienicy. Czytając „Dziennik Bydgoski” z pierwszych lat po odzyskaniu niepodległości, dość często czyta się o rozstrzeliwaniu cywilów skazanych w zwykłych procesach. Powodem tego był brak ludzi wykonujących zawód kata.

Osoby czytające poprzedni artykuł o Manikowskim, zwanym upiorem z Przysierska, pamiętają zapewne, że aby wykonać na nim wyrok śmierci w starogardzkim więzieniu, trzeba było sprowadzić kata z Warszawy. Tego rodzaju wykonywane wyroki, jak w tym artykule, powodowały frustrację u żołnierzy, jak i kadry oficerskiej. Poniższa notka prasowa najlepiej to odzwierciedla.

„Dziennik Bydgoski”,  18 lutego 1925 r.

redakcjaatextraswiecie [dot] pl