Jak zaczęła się pana przygoda z fabryką, która tak bardzo zmieniła Świecie?
Przyjechałem do Świecia w 1964 r. W tym czasie były zrobione dopiero wykopy pod poszczególne obiekty. Nie było nawet fundamentów. Można więc powiedzieć, że jako młody inżynier stawiałem ten zakład od podstaw.
Już trzy lata później ruszyła produkcja.
Pierwszym uruchomionym wydziałem była, nieistniejąca już, celulozownia bukowo-wiskozowa, która pracowała dla potrzeb przemysłu chemicznego. Gdy ruszyła maszyna, zebrała się cała masa budowlańców. Wielu z nich nie do końca rozumiało, czym ma się zajmować ta ogromna fabryka. Przyszli więc zobaczyć ten produkt, o którym tyle było mowy. Patrzyli na nawijający się gruby papier i nie mogli uwierzyć w to, co widzą. Pamiętam, jak jeden z robotników zadał mi pytanie: „Panie dyrektorze, po to myśmy to wszystko budowali? Takie gówno?” Ludzie byli szczerze zaskoczeni, że tyle pracy i pieniędzy pochłonął zakład, który będzie produkował zwykły szary papier.
REKLAMA
W tym czasie był pan już dyrektorem inwestycyjnym
Tak. Na początku, po przyjeździe do Świecia, objąłem stanowisko głównego inżyniera wykonawstwa inwestycyjnego, ale już po kilku latach zostałem dyrektorem inwestycyjnym. Wcześniej pracowałem w inwestycjach z branży papierniczej, dlatego w Świeciu postanowiono wykorzystać moje doświadczenie.
Przyjeżdżając do Świecia brał pan uwagę, że zostanie tu na stałe?
Tak, chociaż liczyłem się też z tym, że mogę zostać odwołany i skierowany do innej pracy. W tamtych czasach nie do końca było się panem swojego losu. W każdym razie budowałem tak, jakbym to robił dla siebie.
W 1981 r. działacze związkowi nalegali, aby nowym dyrektorem Celulozy został Leopold Garbacz. Na zdjęciu od lewej Antoni Jakobsche, Edward Miller, Tadeusz Pogoda, Wiktor Wachowski i Postawa (nie udało się ustalić imienia)
Pamięta pan emocje, towarzyszące uruchomieniu pierwszej maszyny papierniczej w 1970 r.?
Oczywiście. To były najważniejsze momenty. W przypadku „jedynki” mieliśmy jednak trochę obaw, czy będzie zbyt na worki papierowe. Wtedy popularność zdobywały tworzywa sztuczne. Papier wydawał się nieco przestarzałym opakowaniem. Na szczęście, okazało się, że wiele produktów nie znosi plastiku i muszą być pakowane w papier.
Przypuszczał pan wtedy, że w tak szybkim tempie zakład doczeka się kolejnych czterech maszyn?
Nie była to dla mnie niespodzianka. W zarysach był znany plan na przyszłość, może z wyjątkiem maszyny do papieru toaletowego. To, że coś takiego pojawi się u nas, nikomu wtedy nie przyszło do głowy.
Niespodziewanie jednak papier toaletowy, którego produkcja ruszyła w 1976 r., pomógł przetrwać firmie trudne momenty i stał się chyba niechcianym symbolem Celulozy.
Przyznam, że na początku byłem przeciwny budowie tej maszyny, która powstała dzięki inicjatywie i myśli technicznej pracowników. Wiele części było zrobionych z elementów będących odpadami. Pamiętam, jak w latach 80. mój kierowca zawsze woził w bagażniku kilka worków papieru toaletowego. Gdy zatrzymywała go milicja, a drogówka dobrze znała samochód i prowadzącego, rozmowa zwykle była krótka. Padało tylko pytanie: „Ma pan papier?” Przez długie lata nie zapłacił żadnego mandatu. Regularnie też wycieczki jadące nad morze, albo wracające stamtąd, odwiedzały nasz firmowy sklepik, aby zrobić zapasy.
REKLAMA
Rok wcześniej miał miejsce głośny wybuch kotła sodowego. Jak do tego doszło?
Do dziś nie wiadomo. Ług nie znosi wody. W jakiś sposób woda się tam jednak dostała. Może niefrasobliwy pracownik, zmywający podłogę wężem, chlapnął w stronę kotła?
Ile osób wtedy zginęło?
Na miejscu jedna. Druga zmarła w szpitalu. Kilku pracowników było mocno poparzonych. Na szczęście, stało się to na nocnej zmianie, gdy na wydziale było stosunkowo niewiele osób.
Ktoś został za to zwolniony?
O dziwo, nie. Oskarżono kierownika wydziału, ale ostatecznie nie został skazany, co najbardziej nie podobało się pewnej pani prokurator. Będąc u mnie w zupełnie innej sprawie stwierdziła: „Nie wyszło nam dobrze, nikt nie został ukarany”.
To było najtragiczniejsze zdarzenie?
Zdecydowanie tak. Oczywiście zdarzały się wypadki śmiertelne. Niestety, przyczyną wielu z nich był alkohol.
W pierwszej połowie lat 80., w czasie obowiązywania stanu wojennego, zakładem bardziej niż kiedykolwiek wcześniej, interesowali się wojskowi. Dyrektor Celulozy prezentuje makietę kombinatu jednemu z mundurowych gości
Nie wszyscy o tym wiedzą, ale został pan dyrektorem w dość niezwykłych okolicznościach. Dziś coś podobnego raczej nie mogłoby się zdarzyć.
Objęcie stanowiska szefa Celulozy miało ścisły związek z powstaniem Solidarności, która w swoich początkach była bardzo bojowa. Gdy w 1981 r. w kraju zaczęło się kotłować, nasi związkowcy zrobili wielkie zebranie. Transmitowano je radiowęzłem na cały zakład, aby wszyscy mogli słuchać, o czym się mówi. Miało ono służyć głównie rozliczeniu ówczesnego dyrektora.
Zjawili się też różni partyjni oficjele. Solidarność dobrze przygotowała się do tego spotkania. Wyciągnięto całą masę nieczystych spraw, za którymi stał poprzedni dyrektor. Po dwóch dniach odwołano go ze stanowiska. Nastąpiło bezkrólewie. Po jakimś czasie przyszła do mnie delegacja, aby porozmawiać o pewnej ważniej sprawie.
Czy w tej delegacji był również Tadeusz Pogoda, wieloletni burmistrz Świecia?
Nie pamiętam, chociaż oczywiście był jednym z czołowych działaczy. W każdym razie nie wiedziałem, o co im chodzi. Zdziwiłem się, gdy oświadczyli, że przedyskutowali sprawę i uznali, że powinienem objąć funkcję dyrektora. Odpowiedziałem, że jest mi bardzo miło, że mam takie poparcie związku, ale by być dyrektorem, muszę mieć za sobą załogę. Postawiłem warunek - jeżeli okaże się, że popiera mnie przynajmniej 75 procent pracowników, to się zgodzę. Trochę ich to przeraziło. Stwierdzili, że to niemożliwe. Zrobili jakieś referendum, trwało to kilka tygodni, po czym przyszli do mnie jeszcze raz i oświadczyli zadowoleni: „Jest pan naszym dyrektorem”. Okazało się, że poparło mnie 93 procent pracowników.
REKLAMA
Taka nominacja mogła się odbyć bez aprobaty komitetu wojewódzkiego PZPR czy nawet centralnego?
Partia wtedy trochę odpuściła. Próbowała coś tam robić, ale czuli, że zbyt wiele nie wskórają. O ile poprzednie nominacje były sprawą komitetu wojewódzkiego, to w moim przypadku po raz pierwszy nie decydował żaden sekretarz. Natomiast trzeba było wystąpić po opinię do Zjednoczenia Przemysłu Papierniczego, ale to była tylko formalność.
Czy ta niezwykła popularność oznaczała, że był pan człowiekiem popularnej Solidarności?
Nie. Po prostu szczerze miałem dosyć tego systemu i mówiłem o tym. Jeździłem trochę po świecie i widziałem, jak funkcjonują normalne firmy, działające w gospodarce rynkowej. Tutaj wszystko było centralnie zaplanowane: ile wydamy na fundusz płac, ile na surowce, jaka będzie wielkość produkcji, określone kto od nas i za jaką cenę kupi papier i ilu ludzi ma być zatrudnionych każdego roku, bo przecież rolą zakładów było też zapewnienie pracy. Nikt się nie martwił o gospodarność. Na Zachodzie każdy zakład walczył o to, żeby mieć efekty. U nas nie miało to większego znaczenia.
REKLAMA
Ile osób pracowało w zakładzie w momencie, gdy zatrudnienie osiągnęło swój szczyt?
Około 4500. Niektórzy podają 4800, ale to przesada.
Z tych 4500 na pewno nie wszyscy byli niezbędni. O ile procent można byłoby zredukować zatrudnienie bez wpływu na funkcjonowanie Celulozy?
Trudne pytanie, ale 50 procent na pewno. Jednak tych 4500 nie można też porównywać do obecnego 1000 pracowników Mondi Świecie. W ostatnich latach wiele wydziałów zostało wydzielonych i działa poza strukturami Mondi. Kiedyś był to jeden wielki organizm. Poza tym dokonał się ogromny postęp techniczny.
Jako nowy dyrektor z czystymi rękami, z ogromnym poparciem, mógł pan swobodnie działać. Jakie były pana pierwsze decyzje w tym trudnym 1981 r.?
Szczegółów nie pamiętam. Próbowałem zachować spokój w zakładzie i położyć kres pijaństwu. Wszystko szło dobrze do momentu wybuchu stanu wojennego. Potem, nie tylko moje decyzje, kontrolowali specjalnie przysłani komisarze wojskowi. Pierwszy z nich okazał się bardzo przyzwoitym człowiekiem. Niestety, po miesiącu przyszedł się pożegnać. Zapytałem, co się stało? Odpowiedział, że nie może mi powiedzieć, ale gdy już zostanie zdjęty podsłuch z telefonów, to mi opowie. Później się dowiedziałem, że mieszkająca z nim córka organizowała w jego mieszkaniu spotkania niezależnego związki studentów. Niestety, córka wpadła, a ojcu załamała się kariera, choć z tego co wiem, nie miał o to do niej pretensji. Jemu też nie za bardzo podobał się ten ustrój.
Po nim przyszedł drugi, tzw. pistolet. Już po tygodniu przygotował raport, w którym wytknął wszystkie niedociągnięcia. Same „poważne” sprawy. Dotąd pamiętam jedną z uwag, że płaskownik w bramie wejściowej jest lekko wygięty. Odpowiedziałem mu tylko, że gdybym pojechał do jego sztabu generalnego, którym próbował mnie straszyć i sporządził podobny raport, to znalazłbym o wiele więcej. Trochę zaskoczyła go moja reakcja, ale odpuścił sobie.
REKLAMA
Obawiał się pan, że dojdzie w zakładzie do zamieszek?
Atmosfera była gorąca, ale takiego ryzyka chyba nie było. Załoga walczyła za to w inny sposób. Najgłośniejszą sprawą była historia z workami, rozsyłanymi po całym kraju, na których ktoś umieszczał różne antykomunistyczne hasła. Strasznie węszyli, ale nikogo nie złapali.
Zawsze cieszył się pan opinią człowieka uczciwego. Jak to się miało do realiów lat 80.? O tym, co udało się niektórym wynieść z fabryki, krążyły legendy.
Wiem o tym. Uczciwość nie była wpisana w charakter, ani tamtych czasów, ani wielu ludzi. Pamiętam przypadki, gdy kierownicy wyjeżdżający w celach służbowych, wypełniając delegację pisali, że pojechali pociągiem pospiesznym, choć jechali osobowym. Pytałem później, czy warto robić takie rzeczy dla tych paru groszy?
Zdarzały się też „zabawne” historie. Pewien ślusarz zrobił w warsztacie sanki. Nie wiedział jednak jak je przenieść przez bramę. W końcu wpadł na pomysł. Do worka papierowego napchał trocin. Gdy podjechał do bramy, strażnik go zatrzymał i zapytał, co wiezie. „Worek z trocinami. Chciałem nimi uszczelnić okno” - odpowiedział ślusarz. „A zezwolenie jest?” Ślusarz odparł, że nie. „To nie wyjedziesz z tym workiem”. Ten więc zostawił trociny, a sanki ciągnął za sobą, jakby nigdy nic.
REKLAMA
Wielu osobom czasy ZCiP kojarzą się przede wszystkim z rozwojem, dobrobytem. Okresem, gdy firma zatrudniała rzesze ludzi, a oprócz tego nieustannie budowała: mieszkania, przedszkola, żłobki, stadion, basen.
To nie zakład budował. Dostawaliśmy na to pieniądze z budżetu państwa. Taka była polityka. Wiele zakładów, w których produkcja całkowicie leżała, budowało jeszcze więcej, bo korzystali z różnych przywilejów branżowych. Ja, gdy tylko stało się to możliwe, pozbywałem się wszystkiego, co nie miało związku z produkcją, a więc ośrodków wczasowych, przedszkoli, żłobków.
Należy zatem rozumieć, że gdyby nie Celuloza, te pieniądze z budżetu państwa nigdy nie dotarłyby do Świecia, albo byłoby ich znacznie mniej?
Z pewnością. Takie socjalistyczne pomniki traktowano w szczególny sposób. Jedną z decyzji, odnośnie budowy drugiego domu kultury w Świeciu, osobiście zablokowałem. Uznałem, że nie ma sensu spełniać chorych ambicji posiadania własnego, zakładowego ośrodka kultury. Kto by to później utrzymywał? Wolałem dążyć do stałego podnoszenia płac pracownikom. Myślałem perspektywicznie. Wiedziałem, że jeśli w przyszłości zakład zostanie sprzedany, nowemu właścicielowi będzie trudno walczyć z nabytymi prawami w postaci godziwych pensji. Dzięki temu wielu emerytów może dziś cieszyć się wysokimi emeryturami.
Wiosną 1974 r. oddano do użytku biurowiec architektonicznie wpisujący się we wzornictwo epoki gierkowskiej. Budynek robił wrażenie wielkością i nowoczesnością, m.in. dwiema windami
Gdy w 1997 r. Framondi weszło w posiadanie 60 procent akcji Celulozy, nie miał pan żadnych obaw? Choćby o to, czy zakład nie został kupiony tylko po to, aby go zamknąć?
Nie. Bałem się czegoś innego - że duże koncerny wezmą nas w kleszcze, przyblokują odbiorców i sami będziemy musieli się poddać. To, co w tej chwili się dzieje, jest dowodem na to, że podjęto wtedy dobrą decyzje. Wiele zakładów, które upadły, spotkał taki los tylko dlatego, że w porę ich nie sprywatyzowano. Choćby nasze stocznie. Gdy były warunki do prywatyzacji, to był sprzeciw. Później nikt już nie chciał ich kupić. Nie byłem natomiast zwolennikiem rozdawania pracownikom akcji. Bo jaką mieli zasługę w tym, że akurat ich fabryka została dobrze sprzedana? Było to zwyczajnie niesprawiedliwe w stosunku do osób, które tak samo ciężko pracowały, ale nie miały tyle szczęścia.
Myśląc o czasach, gdy kierował pan tym ogromnym zakładem, odczuwa pan satysfakcję?
Ogromną. Nie tylko dlatego, że firma przetrwała i ma się dobrze, jak nigdy wcześniej. Również dlatego, że każdemu z byłych pracowników mogę spojrzeć w twarz. Nawet tym, których zwolniłem za picie w miejscu pracy. Zawsze szanowałem ludzi, a oni odpłacali mi w ten sam sposób.
Zdarza się panu, spotykając na ulicy dawnego pracownika, wspominać czasy, gdy obaj pracowaliście w Celulozie?
Właściwie nie ma dnia, aby podczas spaceru ktoś mnie nie zatrzymał. Niektórzy nawet wpadają z życzeniami. Kilka lat temu pewien pan, który jechał samochodem, nagle zatrzymał się, żeby się ze mną przywitać. Spojrzał na mnie i powiedział: „Ale pan to biega jak młoda dziewczyna. Ile pan ma lat?”. Odpowiedziałem, że 85, bo tyle wtedy miałem. „Aż tyle?”, zdziwił się. Odparłem, że widocznie sobie na to zasłużyłem (śmiech).
a.bartniak@extraswiecie.pl
Leopold Garbacz urodził się w 1927 r. w Avion w północnej Francji. Siedem lat później jego rodzice wrócili do Polski. Rodzina Garbaczów osiedliła się w Pajęcznie w województwie łódzkim. W czasie II wojny światowej Leopold Garbacz pracował w zakładzie fotograficznym. Studiował na wydziale elektrycznym Politechniki Łódzkiej. Do Świecia przyjechał w 1964 r. Najpierw objął stanowisko głównego inżyniera wykonawstwa inwestycyjnego, a później dyrektora inwestycyjnego. W latach 1981-2000 był dyrektorem naczelnym Zakładów Celulozy i Papieru.