"Jo", "sznytka", "haczka", "sznek", "zylc" czy "lorbas" – takie słowa można było usłyszeć w wielu domach w powiecie świeckim. Część pozostaje żywa do dziś, chociaż nie zawsze zdajemy sobie sprawę, że jest elementem językowego dziedzictwa Pomorza.
Nie istnieje jedna gwara pomorska, a tym bardziej powiatu świeckiego. Na Pomorzu rozwijały się między innymi gwary kociewskie, borowiackie, kaszubskie i chełmińsko-dobrzyńskie. Ich granice nie były ostre, dlatego słowa przenikały z jednego obszaru na drugi.
Na miejscową mowę silnie oddziaływał język niemiecki. Było to następstwem wielowiekowego sąsiedztwa, handlu, blisko 150 lat zaborów oraz nauki w niemieckich szkołach.
Niemieckie korzenie ma haczka, czyli motyka do pielenia, wywodząca się z niemieckiego Hacke.
Z niemieckiego erben, czyli dziedziczyć, pochodzi także czasownik erbnąć – dostać coś po kimś lub ukraść. Można więc było "erbnąć dom po dziadkach" albo "erbnąć charakter po ojcu" albo "erbnąć komuś pieniądze".
Z kolei lorbas oznaczał wyrośniętego chłopaka, urwisa. Kolejnym germanizmem jest wek – szklany słoik z dopasowaną pokrywką, gumową uszczelką i metalową klamrą. Służył do przechowywania przetworów. Nazwa pochodzi od nazwiska niemieckiego przedsiębiorcy Johanna Wecka.
Szczególnie wdzięcznym tematem jest kuchnia. Niektóre regionalne nazwy mogą dziś wywoływać zdziwienie, chociaż dotyczą zupełnie niewinnych potraw.
Przykładem są ruchanki - smażone drożdżowe placuszki, dawniej przygotowywane także z ciasta chlebowego. Podawano je między innymi z fjutem, czyli gęstym, słodkim syropem z buraków cukrowych.
Na kromkę chleba mówiło się - i nadal mówi - sznytka (z niemieckiego Schnitte). Na stołach pojawiał się także zagraj – prosta zupa z ziemniaków, zacierek i skwarków.
Z kolei zylc to mięsna galareta przygotowywana między innymi z wieprzowych nóżek, golonki i głowizny. Nazwa wywodzi się od niemieckiego Sülze, oznaczającego mięso w galarecie.
Do ulubionych słodkich wypieków należał sznek - spiralna drożdżówka. Nazwa pochodzi od niemieckiego Schnecke, czyli ślimaka. Jeśli wypiek pokryto lukrem, powstawał sznek z glancem. Słowo Glanz oznacza blask lub połysk.
W kuchni znajdowały się także statki lub statory. Nie chodziło jednak o jednostki pływające, lecz o talerze, garnki, kubki i pozostałe naczynia.
Jeśli ktoś się jadowił, oznaczało to, że się złościł, denerwował lub wpadał w gniew. – Nie jadów się o byle co – mogła upominać matka rozgniewane dziecko.
Słowo jest związane z "jadem". Podobnie jak jad kojarzył się z czymś gorzkim i nieprzyjemnym, tak "jadowienie się" opisywało narastającą złość. Określenie to jest znane między innymi w gwarze kociewskiej i borowiackiej.
Najbardziej charakterystycznym słowem Pomorza i powiatu świeckiego pozostaje jo, oznaczające "tak". Nadal używają go osoby, które na co dzień nie mówią gwarą. Wyraz jest najczęściej wywodzony z języka dolnoniemieckiego, w którym jo służyło do potwierdzania, podobnie jak ja we współczesnym języku niemieckim.
Poniżej krótka ściągawka pozostałych, wybranych regionalizmów, którymi posługiwano się kiedyś w powiecie świeckim. Niektóre z nich nadal funkcjonują we współczesnej mowie.
- bana – pociąg
- bulwy – ziemniaki
- buksy – spodnie
- fejn – dobrze, ładnie
- fest – mocno, bardzo
- gzuby – dzieci
- ino – tylko
- kele – obok, koło czegoś
- wyro – łóżko
- kuch - placek
- ancug - wyjściowy garnitur męski
Jakie określenia pamiętacie ze swoich domów? Napiszcie w komentarzach na Facebooku, jak mówili wasi rodzice i dziadkowie.

